Część 2: Krótka drzemka, batonik i przed ekran – czyli pokrętnie o układzie nagrody w mózgu.

Sytuacja obserwowana przeze mnie na chodniku, w centrum miasta: jest piękna pogoda, w sam raz na spacer. Na chodnikach, w parkach sporo matek spacerujących z dziećmi (ojców można zobaczyć sporadycznie). Na czym polega spacer? Matka stoi za wózkiem i patrzy w swój smartfon. Dziecko (na oko niespełna 2-letnie) siedzi w wózku i patrzy w swój smartfon. Nie mogę przejść chodnikiem, bo mama tak jest swoim smartfonem zajęta. Nie wytrzymuję, zwracam jej uwagę – jak łatwo można sobie wyobrazić obrywam, że wtrącam się w nie swoje sprawy…

Pewnie każdy z Nas ma okazję przynajmniej kilka razy w tygodniu obserwować podobne sceny. I każdy deklaratywnie jest przeciwnikiem telefonów, komputerów i konsoli w rękach dziecka (wszak wiadomo, że to ZŁO). I przytłaczająca większość dorosłych[1] „dla świętego spokoju” elektroniczne gadżety dziecku daje. W samochodzie podczas długiej podróży – żeby dziecko się nie nudziło i samochodu nie rozniosło. W kolejce do lekarza (czy w innej kolejce) – żeby nie przeszkadzało innym. Podczas rodzinnych uroczystości – żeby dorośli mogli spokojnie porozmawiać. Podczas jedzenia – żeby odwrócić uwagę niejadka od posiłku i żeby przez pomyłkę coś zjadł. Po przyjściu dziecka ze szkoły/przedszkola – żeby sobie „odpoczęło”[2]. I tak dalej, i tak dalej….. Literatura i Internet oferują morze opracowań dotyczących szkodliwości mediów elektronicznych i nieograniczonego dostępu do Internetu na rozwój dziecka/nastolatka i nie widzę potrzeby ich powielania. Warto jednak zastanowić się nad tym, co mocno podkreśla Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę w swojej kampanii Domowe Zasady Ekranowe (https://www.domowezasadyekranowe.fdds.pl) – to my dajemy naszym dzieciom przykład, co zrobić ze swoim czasem…Jak wspominałam we wcześniejszych artykułach, dziecko uczy się mimowolnie i przy okazji – obserwując nas w każdym momencie. Zabraniamy dzieciom korzystania z ekranów, ale nam samym screen time zajmuje potężną część dnia. Firma Selectivv (zajmująca się realizacją kampanii reklamowych na urządzenia mobilne oraz prowadzeniem badań i szczegółowych analiz w oparciu o profilowanie danych ze smartfonów) podaje za producentem aplikacji RescueTime (umożliwiającej monitorowanie swojej aktywności na urządzeniu elektronicznym), że średni czas korzystania ze smartfona wynosi od 3 godzin i 15 minut do 4,5 godzin dziennie. 70% sesji ekranowych trwa krócej niż 2 minuty, a czas średniej aktywność wynosi około 1 minuty i 15 sekund. Około połowa sesji rozpoczyna się w ciągu 3 minut od poprzedniej (daje to średnio liczbę 58 aktywności na smartfonie w ciągu dnia). Jesteśmy mistrzami w wyszukiwaniu apek do niemal każdej codziennej czynności. A dzieciom zabraniamy spędzania czasu przy telefonie, komputerze, na konsoli – bo to złe, niezdrowe i ogólnie nie wypada (!!!). Przykład „z góry” kompletnie rozmija się z wymaganiami. Nie jesteśmy wiarygodni – więc dzieci nie przyswajają wpajanych im „na siłę i bez przekonania” zasad. Mówimy, że Internet jest zły – a wsiadając do samochodu wręczamy dziecku tablet/smartfon. Tłumaczymy, że to w trosce o jego samopoczucie – nie będzie się nudziło w podróży. A w domu może się nudzić? Dlaczego nuda w podróży/w kolejce/podczas rodzinnego spotkania jest „gorsza/lepsza” od nudy na co dzień? Dziecko tego nie rozumie, doświadcza swoistego „rozdwojenia jaźni”… Ponadto jeśli jesteśmy niewiarygodni na tym polu, to tracimy wiarygodność też w innych sprawach… Nie budujemy autorytetu rodzicielskiego (a przy okazji autorytetu osoby dorosłej) tylko wpajamy przekonanie, że większy/starszy może więcej i uczymy konfliktowego budowania relacji („będę starszy, też będę mógł i nic mi wtedy nie zrobisz”). Wiele dramatów rodzinnych zaczyna się od „kupowania” sobie czasu wolnego wpychaniem dziecka w screen time…

Nieco odrębną kwestią jest sprawa przyzwyczajenia mózgu dziecka do określonego rodzaju bodźców. Wspomniana już Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę na swojej stronie dotyczącej zasad ekranowych podkreśla informację, że mózg przyzwyczaja się do atrakcyjnych, silnych bodźców. Uczy się, że może się angażować w bardzo szybką aktywność, która poprawia nastrój. Z tego wynikają późniejsze trudności z angażowaniem się we wszystko, co wymaga oczekiwania na nagrodę, włożenia pracy w to, aby uzyskać oczekiwany efekt. Wszystkie inne zajęcia poza korzystaniem z urządzenia ekranowego najczęściej wydają się dziecku nudne i nie sprawiają mu satysfakcji. Szkoła nie jest tak atrakcyjna, nie daje natychmiastowej nagrody. Wymaga za to zaangażowania i przeważnie żmudnej pracy. Badanie Amerykańskiej Akademii Pediatrii wykazało, że dzieci, które poświęcały na screen time od 2 do 4 godzin dziennie miały o 23% mniejsze szanse na dokończenie pracy domowej. Im więcej czasu spędzonego przed ekranem tym bardziej spadały szanse na efektywną naukę.  „Odczarowanie” układu nagrody w mózgu i wytworzenie umiejętności odraczania przyjemności wymaga żmudnej terapii (takiej jak w przypadku osób uzależnionych). A wszystko zaczyna się od mamy i taty wpatrzonych w ekran w każdej wolnej chwili i „kupujących” chwile wytchnienia wręczaniem dziecku kolejnego ekranu…

Do przebodźcowania dzieci i znaczących trudności z koncentracją uwagi przyczynia się także niewłaściwa dieta, w której dominuje cukier. Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że dziecko nie powinno spożywać więcej niż 24 gramy cukru (5,5 łyżeczki) w ciągu dnia. Porcja popularnych, słodkich płatków śniadaniowych (6 łyżek) zawiera prawie 2 łyżeczki cukru. Porcja ketchupu (1 łyżka) zawiera niecałą łyżeczkę cukru. Opakowanie jogurtu owocowego zawiera średnio 2,5 łyżeczki cukru… Poziomu 5,5 łyżeczki spożytego cukru dziecko najprawdopodobniej osiąga, gdy zje śniadanie. Pracując w szkołach widzę, że na śniadanie uczniowie najczęściej dostają serek/jogurt, słodkie przekąski (nie mówiąc o batonach/wafelkach/cukierkach) i soki owocowe. W niektórych śniadaniówkach pojawiają się mocno słodkie owoce (winogrona, banan). Próżno szukać w nich warzyw, kanapek – co rodzice tłumaczą w jeden sposób: „dzieci tego i tak nie zjedzą”. Na obiad w szkole stołówki serwują ryż z koktajlem truskawkowym zamiennie ze słodkim makaronem z cukrem lub kluskami na parze z tymże samym, truskawkowym koktajlem. Dla urozmaicenia pojawia się pierś z kurczaka (sztucznie upasionego i nafaszerowanego hormonami)… Po powrocie ze szkoły dziecko rzadko zjada pełnowartościowy posiłek – najadło się już w szkole. Na kolację serek/jogurt/budyń…

Badania wskazują, iż nadmierne spożycie cukru oprócz oczywistych problemów jakimi są próchnica i otyłość, ma negatywne skutki dla funkcjonowania systemu poznawczego. Dzieci „przecukrowane” mają problemy z koncentracją i pamięcią  – co pociąga za sobą problemy z nauką. Dziecko ma zbyt dużo energii, nie jest w stanie usiedzieć w ławce – co nauczyciele zawsze oceniają jednoznacznie źle. Nie jest w stanie słuchać nauczyciela i wykonywać jego poleceń. Duże dawki cukru dodatkowo mocno stymulują układ nagrody w mózgu (podobnie jak używki) – uzależniają więc i powodują, że uczeń nie jest w stanie przez wiele godzin angażować się w żmudne, wymagające wysiłku intelektualnego działania. Jego nadmiernie pobudzony układ nagrody „wymaga” nagrody natychmiast, bez wkładania wysiłku w działanie – co z oczywistych względów w szkole udać się nie może…

Ostatnią kwestią „zdrowotną” wpływającą negatywnie na funkcjonowanie szkolne dzieci jest brak wystarczającej ilości snu. Nowe wytyczne Amerykańskiej Akademii Pediatrii mówią, iż dziecko w wieku 6-12 lat powinno spać od 9 do 12 godzin dziennie; od 13 do 18 roku życia – 8 do 10 godzin dziennie…. Sen to czas, w którym najefektywniej rozwija się mózg – regeneruje neuroprzekaźniki odpowiedzialne za kontrolę emocji, porządkuje informacje zdobyte w ciągu dnia i „utrwala” nowe drogi nerwowe. Im mniej dziecko śpi tym większe ma problemy z koncentracją i pamięcią i tym łatwiej wpada w irytację i złość. I znów brak snu uderza w najważniejsze dla osiągnięcia sukcesu edukacyjnego elementy – pamięć, koncentrację i kontrolę własnego zachowania. Dziecko, które nie dosypia nie będzie miało szans efektywnie pracować w szkole przez sześć, siedem czy osiem godzin (nie licząc zajęć dodatkowych). Nie będzie miało szansy sprostać stawianym przed nim wymaganiom…

Wszystkie zasygnalizowane wyżej czynniki łączą się ze sobą i zwrotnie na siebie wpływają. Nadmiar cukru i ekranów w życiu dziecka będzie powodował trudności z zasypianiem (zbyt pobudzony układ nerwowy nie jest w stanie „wyłączyć się” i przejść w tryb „zapisywania  i porządkowania danych”). Brak snu będzie powodował zmęczenie, które doprowadzi do nadmiernego domagania się zaspokojenia przez układu nagrody w mózgu i szukania znanych mu używek (cukru i ekranów). Spirala się nakręca, dziecko jako uczeń funkcjonuje coraz gorzej, szkoła jest coraz większym złem. Zły nastrój i brak możliwości sprostania szkolnym wymaganiom nakręca potrzebę jeszcze większego dostępu do cukru i ekranów, co powoduje jeszcze większe problemy ze snem, co powoduje…. I tak to się kręci, aż staje się jednym z elementów katastrofy (szkolnej, wychowawczej, życiowej)…

Pilnowanie podstawowych zasad zdrowego trybu życia dziecka nie jest w dzisiejszym świecie zadaniem łatwym. Na szczęście świadomość wpływu popularnego w społeczeństwie stylu życia opartego o niewłaściwe żywienie, brak ruchu i ekrany na rozwój dziecka jest coraz większa – i coraz więcej rodziców stara się świadomie dbać o kształtowanie u dziecka właściwych postaw. Wymaga to od nich niewątpliwie ogromnej siły woli. Dają dzieciom  jednak w ten sposób szansę na to, by szkoła była miejscem odkrywania nowych rzeczy i zdobywania nowych doświadczeń.

Zmiana negatywnych przyzwyczajeń dziecka (zwłaszcza, gdy przez dłuższy czas nadmiernie, w niewłaściwy sposób aktywowany był układ nagrody w mózgu) wymaga długotrwałej terapii, w którą muszą zaangażować się wszyscy członkowie rodziny. Niewątpliwie jednak im prędzej rozpocznie się pracę, tym większe są szanse na odniesienie sukcesu. Jeśli więc problem narasta i szanse na samodzielne rozwiązanie go są niewielkie (podejmowane do tej pory działania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów) warto rozważyć potrzebę znalezienia fachowej pomocy dietetyka, psychologa lub pediatry. Każdy kłopot da się rozwiązać – choć świadomość pewnych mechanizmów często pozwala po prostu nie dopuścić do narastania problemów.

 

 

 

[1] Wiem, że generalizuję. Robię to celowo, opierając się na wieloletniej obserwacji dzieci i rodziców w placówkach edukacyjnych. I wiem, że są chlubne wyjątki!

[2] Do tych, którzy dadzą radę przeczytać tekst do końca – być może uda mi się przekonać Was, że nie jest to wcale żaden odpoczynek…

 

Poprzedni artykuł z serii                                 Kolejny artykuł z serii