Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego tak naprawdę Wasze dzieci nie lubią szkoły? W poprzednim artykule (znajdziesz go TUTAJ) próbowałam uchwycić sedno tego problemu. Dziś pierwszy z cyklu artykułów, w których podpowiem, co zrobić by pobyt w szkole był dla dziecka przyjemny. Zacznę od tego, jak wyrobić u małego ucznia nawyk samodzielnej, systematycznej nauki.
Kto z was pamięta swoją własną naukę w klasach I-III? Te chwile, kiedy rodzice z Wami codziennie lekcje odrabiali, pilnowali, żeby wszystko było zrobione perfekcyjnie, podpowiadali, pokazywali i dbali o to, żebyście nigdy w życiu oceny niższej niż odpowiednik piątki nie dostali? Nie było tak? W takim razie kto pamięta fakt, że rodzice kompletnie się jego nauką nie interesowali, nie pytali co było zadane, a na koniec mieli olbrzymie pretensje, że dostaliście ocenę niższą niż odpowiednik piątki?[1] Pewnie wśród czytelników znajdą się jedni i drudzy. I wszyscy wyrośli na ludzi. I pewnie zdecydowana większość raczej nie lubiła szkoły. Nie chcę teraz pisać o tym, co zrobić żeby nauka była łatwa (tym tematem zajmę się w osobnym artykule), ale o tym, co zrobić, żeby nauka była DLA DZIECKA przyjemna.
Tak bardzo boimy się, że nasze dziecko nie poradzi sobie w szkole, że wszystko za nie robimy. Porzucamy wszystkie nasze dotychczasowe obowiązki i przez całe popołudnie siedzimy przy dziecku, które z mozołem pisze w zeszycie pierwsze litery lub koloruje dwudziesty obrazek. Pierwsze doświadczenia dziecka dotyczące nauki są więc takie, że samo absolutnie nie może tego robić, ponieważ samo absolutnie sobie z nauką nie poradzi! Skąd ma wiedzieć, że jest inaczej, jeśli mu na to nie pozwalamy? Samo tego nie wymyśli – również w czwartej, szóstej czy ósmej klasie! Dumni rodzice czwartoklasistów niejednokrotnie przychodzili do mnie sfrustrowani i wykończeni tym, że dziecko przychodzi ze szkoły i NIGDY samo nawet nie otworzy zeszytu. Czeka na rodziców, którzy od trzech lat każde popołudnie spędzają nad książkami i mają już dość „ponownego chodzenia do szkoły” (dokładnie te słowa słyszałam z ust rodziców naprawdę wiele razy). Złoszczą się i denerwują, że syn lub córka są niesamodzielni, nie zależy im na nauce, a tłumaczenia i prośby nie przynoszą żadnych rezultatów. A czy wcześniej pokazali im, że należy się uczyć samemu? Dalej jest tylko gorzej – nauki jest coraz więcej, sprawdziany się mnożą, materiał jest coraz bardziej wymagający – i dochodzi do kuriozalnych sytuacji, w których rodzic najpierw uczy się do sprawdzianu sam (np. do sprawdzianu z chemii), a potem uczy swoje dziecko (które często wtedy jest już mało zainteresowane wkładaniem wysiłku w słuchanie rodzica). Nastolatek jest przekonany, że obowiązkiem rodzica jest uczyć się za niego. Nie rozumie, dlaczego nagle miałoby być inaczej[2]. Rodzic nie potrafi przestać uczyć się za dziecko, bo ma pełną świadomość tego, że nastąpi edukacyjny krach.
Z drugiej strony wychodzimy z założenia, że dziecko wszystkiego ma nauczyć się w szkole, a dom nie jest od nauki. Nie interesujemy się więc zadaniami domowymi dziecka, bo uważamy, że są one niedopuszczalne. Niejednokrotnie słyszałam od rodziców, że dziecko w szkole spędza osiem godzin dziennie i to przesada, żeby jeszcze w domu się uczyło! Zawsze w takich przypadkach zastanawiam się, czy da się nauczyć jeździć na rowerze bez żadnego treningu. Albo pływać. Tak po prostu – pierwszy raz wskoczyć do basenu i go w pięknym stylu przepłynąć. Większość rozsądnych ludzi powie, że nie. Z czytaniem, pisaniem i liczeniem jest jak z jazdą na rowerze czy z pływaniem. Nie da się dobrze opanować tych umiejętności bez systematycznego treningu. Nie da się na jednej lekcji fizyki czy chemii w tygodniu wytłumaczyć uczniom nowego zagadnienia i sprawić, by bez treningu doskonale sobie z nim radzili. Nie da się sprawnie radzić sobie z zadaniami matematycznymi jeśli nie opanujemy biegle umiejętności rachunkowych (które trzeba trenować od początku nauki w szkole!). I nie da się tego zrobić tylko i wyłącznie w szkole, w klasie, w której jest 25 uczniów. Nie da się wypracować u dziecka motywacji wewnętrznej, jeśli nie będzie ono mogło zobaczyć, że jego samodzielna, systematyczna praca przekłada się na efekty w postaci określonych wyników w nauce. Inna sprawa jest taka, że nauczyciele przesadzają z ilością zadań zadawanych do domu. I jak zwykle – tylko rozsądek może wszystko uratować. Rozsądek ze strony NAUCZYCIELI i rodziców.
Jak więc sprawić by samodzielna nauka była dla dziecka przyjemnością?!
Nauka samodzielności odbywa się na długo przedtem, zanim dziecko pójdzie do szkoły (o tym też będziecie mogli przeczytać w osobnym artykule). Wyręczanie dziecka we wszystkich czynnościach bo tak jest szybciej (wiadomo!) i na dodatek my zrobimy to lepiej (WIADOMO!!!) daje pozytywne efekty gdy dziecko jest małe, ale kończy się katastrofą, gdy dziecko jest starsze. To okropnie trudne zadanie gdy mamy w domu dwulatka i musimy pamiętać o tym, że nasze działania wychowawcze odbiją się u niego echem gdy będzie miało lat siedem, dziesięć, trzynaście…. Załóżmy jednak, że wasze dziecko nauczyło się samodzielności w wieku przedszkolnym. Jak więc nauczyć je samodzielnej pracy w szkole?
- Poproś, żeby dziecko pokazało ci, co robiło dziś w szkole. To ogromnie ważne dla małego ucznia, żeby pochwalić się swoją ciężką pracą i swoimi sukcesami! Pochwal je za to, że dzielnie pracowało, że wkładało dużo wysiłku w to, żeby zadania zrobić na czas i najpiękniej jak potrafi[3]. Podkreślaj proces dochodzenia do celu, a nie efekt („ale się napracowałeś, żeby te litery wyglądały tak pięknie” – zamiast „ale piękne te litery”). W ten sposób pokazujesz, że efekt końcowy zależy od wysiłku jaki włożyło się w pracę oraz że sukces zależy od dziecka (a nie od niezidentyfikowanych czynników zewnętrznych). Budujesz motywację wewnętrzną – ogromnie ważną w całym życiu. To dzięki niej człowiek w trudnych sytuacjach się nie poddaje, ale szuka sposobu, jak rozwiązać zaistniały problem. Uczeń z motywacją wewnętrzną radzi sobie znacznie lepiej z natłokiem nauki niż uczeń, który podlega tylko motywacji zewnętrznej (uczy się dla nagród/pieniędzy/innych bonusów[4], które obiecają mu Rodzice, dla ocen lub ze strachu przed gniewem Rodziców).
- Poproś, żeby dziecko powiedziało ci/pokazało jakie ma na dziś zadanie domowe. Nie wyręczaj dziecka w szukaniu tego zadania w książkach („daj, zobaczę co masz zadane”). Wyręczając je pokazujesz, że wiedza o tym, co jest zadane do domu to „twój problem”. Że to twój obowiązek dowiedzieć się, co dziecko ma w domu zrobić.
To jasne, że małe dziecko czasem nie będzie wiedziało, co trzeba zrobić w domu. Weźcie wtedy razem książkę, zeszyt i razem poszukajcie tego zadania. I zastanówcie się jak możecie sprawić, żeby następnego dnia łatwiej było pamiętać o tym, co było zadane (dobrze sprawdzają się zakładki indeksujące przyklejane na stronie, na której coś jest do zrobienia w domu)
- Poproś, żeby dziecko opowiedziało ci, jak trzeba zrobić zadanie domowe. Jeśli czegoś nie wie – wytłumacz mu i upewnij się, że zrozumiało. Jeśli tak jest, poproś by zaczęło robić zadania i wyjdź z jego pokoju. Podkreśl, że jeśli dziecko nie będzie czegoś wiedziało, zawsze jesteś do jego dyspozycji. Wystarczy, że zapyta i chętnie mu pomożesz (zapyta, to znaczy zastanowi się czego nie wie = zidentyfikuje problem).
To jasne, że pojawiać się będą zadania coraz trudniejsze, których rozwiązanie będzie wymagało wdrożenia nowych umiejętności (np. pierwsze próby pisania krótkiej wypowiedzi pisemnej na zadany temat). Nie wyręczaj wtedy dziecka od razu („popatrz, ja ci pokażę jak to zrobić”) – sugerujesz wtedy, że dziecko samo sobie nie poradzi (czyli „zabijasz” motywację wewnętrzną). Zastanówcie się wspólnie jak rozwiązać dane zadanie („jak myślisz, jak można to rozwiązać”) i poproś, by dziecko spróbowało zrobić je samo. Potem sprawdź i wspólnie zastanówcie się, jak można poprawić błędy.
- Gdy dziecko skończy robić zadania, poproś by ci o tym powiedziało. Sprawdź, czy wszystko jest zrobione dobrze (uwaga na wspomniany już wcześniej perfekcjonizm!). Jeśli nie – wspólnie zastanówcie się jak można poprawić błędy.
Jeśli dziecko upiera się, żeby zostawić coś tak jak jest (a zdarzają się takie historie), pozwól mu na to. Niech poprawność wykonania zadania zweryfikuje nauczyciel. Jeśli zadanie będzie zrobione źle, dziecko będzie mogło skonfrontować się z konsekwencjami swojej decyzji o tym, że nie posłuchało rodzica. Jeśli skonfrontuje się z takimi konsekwencjami pięćdziesiąt razy (albo sto pięćdziesiąt u niektórych dzieci) jest szansa, że zastanowi się, czy nie macie racji. Jeśli zaś nie pozwolicie mu na poniesienie konsekwencji swojej decyzji – nigdy nie nauczy się tego, że każde nasze działanie niesie za sobą jakiś skutek[5].
- Jeśli zadań domowych jest dużo, podziel pracę na etapy. Jeśli dziecko ma trudności z koncentracją – też dziel pracę na etapy. Dla młodego człowieka wizja całej strony zadań (!) potrafi być dramatycznie przerażająca. Dziecko ma wrażenie, że będzie robiło zadania do końca świata i jeden dzień dłużej. I już przenigdy w życiu nie pobawi się swoimi zabawkami. Napisanie dwóch linijek za to wydaje się być zadaniem możliwym do wykonania w jakimś wyobrażalnym czasie.
Przed rozpoczęciem każdego etapu pracy ustal, czy dziecko wie co i jak ma zrobić.
- Pamiętaj o przerwach! Dziecko przychodzi ze szkoły zwykle zmęczone (nadmiarem wrażeń, nadmiarem bodźców, nowością). Często do zadania domowego może usiąść dopiero w późniejszych godzinach popołudniowych (choć ideałem byłoby, gdyby mogło zaczynać pracę nad zadaniami domowymi najpóźniej o 16:00 i gdyby do 17:00 wszystko było zrobione). Nie potrafi efektywnie myśleć przez godzinę czy dwie. Pamiętaj, żeby po półgodzinnej pracy zrobić dziecku pięć minut przerwy. Zrobić z nim kilka przysiadów, zagrać w łapki, zrobić masaż paluszkowy (z wykorzystaniem wierszyków-masażyków, które są łatwo dostępne w Internecie). Po godzinie pracy potrzebna będzie przerwa dłuższa – piętnastominutowa. Bez niej dalsza praca nie przyniesie żadnych efektów.
- Stosuj zasadę „najpierw obowiązki, potem przyjemności”. Jeśli przerwiesz dziecku zabawę i każesz mu odrabiać lekcje, zapamięta ono naukę jako karę (będzie musiało przerwać coś, co jest dla niego przyjemne i zająć się czymś w co musi wkładać wysiłek). Jeśli najpierw odrobi lekcje a potem się pobawi, zapamięta zabawę (czyli coś przyjemnego) jako nagrodę za dobrze wykonaną pracę.
- Planuj naukę, ale nie odkładaj niepotrzebnie niczego na później. Jeśli dziecko ma dużo zadań do zrobienia napiszcie wspólnie plan pracy (które zadania będą wykonane w którym dniu) i się go trzymajcie. Postarajcie się wspólnie zastanowić, w które dni możecie zrobić trudniejsze, bardziej wymagające zadania, a na które dni musicie zostawić zadania łatwiejsze. Umiejętność sensownego rozplanowania pracy (inaczej umiejętność zarządzania swoim czasem) jest kluczową umiejętnością w dzisiejszej rzeczywistości[6]
Podsumowując:
- Interesuj się tym co dziecko robiło w szkole. Doceniaj wysiłek jaki włożyło w wykonanie zadania, a nie sam efekt końcowy
- Nie wyręczaj dziecka w szukaniu zadania domowego w zeszytach/książkach.
- Ustal, czy dziecko wie, jak ma zrobić zadanie domowe i poproś by zaczęło je robić. Nie siedź przy nim, wyjdź z jego pokoju.
- Gdy dziecko skończy pracę, sprawdź czy dobrze zrobiło zadania. Razem ustalcie, jak można poprawić błędy. Nie wyręczaj dziecka w myśleniu, bo tak będzie szybciej.
- Jeśli zadań jest dużo, dziel pracę na etapy.
- Pamiętaj o przerwach!
- Stosuj zasadę „najpierw obowiązki, a potem przyjemności”
- Jeśli jest dużo nauki, rozplanuj działania na cały tydzień. Wyznacz konkretne zadania na konkretne dni.
Wspomniane zasady, wdrożone od początku nauki w szkole (przy założeniu, że dziecko nauczyło się samodzielności praktycznej, społecznej i umysłowej w przedszkolu) powinny spowodować, że nauka w domu nie będzie kończyła się awanturami i płaczem z bezsilności. Wprowadzenie ich wymaga początkowo ze strony rodzica poświecenia swojego czasu – ale w dalszej perspektywie zaprocentuje tym, że wasze dziecko będzie potrafiło się uczyć samodzielnie.
I jeszcze na zakończenie: jeśli wasze dziecko w klasach I-III nie dostaje zadań domowych, zachęcam Was do ustalenia zasady, że każdego dnia będzie ono czytało głośno jakiś tekst, trenowało kaligrafię (kilka linijek) lub matematykę (kilkanaście przykładów). Nauczy się w ten sposób systematyczności w pracy i nie odkładania jej na później. Łatwiej też zniesie szok klasy czwartej (gdzie trzeba zacząć uczyć się do sprawdzianów) i klasy siódmej (gdzie nastolatkowi, który chce osiągać dobre wyniki w nauce, nie zostaje naprawdę ani chwila na czas dla siebie).
[1] I te sakramentalne pytanio-komentarze: „No tak! Ania mogła się nauczyć i dostać szóstkę, a ty co?!”. A gdy wy chcieliście użyć tego samego argumentu usprawiedliwiając wasze zachowanie lub ocenę i z dumą mówiliście „Ania dostała gorszą ocenę niż ja” słyszeliście wypowiadane złowrogim głosem słowa „A co mnie jakaś Ania obchodzi??!!”
[2] Wyobraźcie sobie, że w pracy szef w pewien poniedziałek jest na was wściekły, bo nie wykonaliście pracy, którą do tej pory z powodzeniem wykonywała wasza koleżanka. Nie macie nawet pojęcia, jak zabrać się, za wykonanie jej zadań. Przełożony próbuje opanować swoją złość na wasz brak elokwencji i komunikuje wam, że od teraz, bez żadnej dyskusji, będą to wasze obowiązki. Buntujecie się (przynajmniej w duchu) w odpowiedzi na jawną niesprawiedliwość i nawet jeśli przyjmujecie dodatkowe obowiązki nie wykonujecie ich raczej z zapałem…Tak czują się wasze dzieci, które od pewnego poniedziałku, bez żadnej dyskusji, mają się nagle uczyć same. I oczywiście osiągać sukcesy w nauce.
[3] To oczywiste, że my, dorośli, zrobilibyśmy każde dziecięce zadanie szybciej i ładniej. Pozwólmy dzieciom na DROBNE niedociągnięcia – jeśli wiemy, że włożyły one dużo pracy w wykonanie zadania. Nie uczmy dzieci perfekcjonizmu i nie każmy im przepisywać całej strony literek, bo dwie lub trzy z nich były koślawe (fakt autentyczny, z mojej praktyki zawodowej)
[4] Nie mówię, że nagrody są złe. Wszak miło jest czasem dostać w pracy niezapowiedzianą premię za swoją ciężką pracę, prawda? Kluczowe jednak we wcześniejszym zdaniu są słowa CZASEM i NIEZAPOWIEDZIANĄ.
[5] Znamy takich dorosłych, którzy zupełnie nie przejmują się innymi i robią to, na co mają ochotę. Niezbyt ich lubimy. Nie chcemy, żeby nasze dzieci takie były.
[6] Naukowcy zdefiniowali już nawet nową chorobę cywilizacyjną – hurry sicknes, której objawami są stan ciągłego zapracowania, wysoki poziom stresu i nieustanny pośpiech. Powoduje ona, że przez stan nieustannego eksploatowania organizmu stajemy się coraz mniej efektywni. Więc musimy pracować jeszcze więcej i jeszcze szybciej, co powoduje jeszcze wyższy poziom stresu….
Poprzedni artykuł z serii Kolejny artykuł z serii